Wstęp
       Fabuła
       Postacie

       Mapy i przedmioty

       Autorka
       Galeria
       Linki
       Krzyżówka i Quiz
       Download
       Kontakt
       Forum
       Księga i ankieta
 

Opis tomów

"Czarnoksiężnik z Archipelagu"
     Jest to opowieść o naukach pobieranych przez młodzieńca, imieniem Ged. Ged uczy się na wyspie Roke, krainie czarnoksiężników. Lecz zanim znalazł się on na Roke, mieszkał na wyspie Gont, gdzie był pasterzem kóz. Swą naukę zaczął u swej ciotki, miejscowej wiedźmy. Nauczyła go pierwszych słów tworzenia. Następnie w jego 13 urodziny, otrzymał od pewnego maga, Ogiona, swoje prawdziwe imię. Imię, które miał zdradzić jedynie komuś, komu bezgranicznie ufał. Książka ta jest dopiero wstępem do wspaniałego "Ziemiomorza". Ale jest to opowieść realistyczna o kształtowaniu się osobowości, o dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność przeradza się w dojrzałość. Jest to, wreszcie, przypowieść o tym, jak - nie czując upadlającego strachu - pogodzić się z myślą o śmierci.

"Grobowce Atuanu"
     W podziemnych grobowcach na wyspie Atuan trwają w półśnie Bezimienni - mroczne bóstwa ziemi, nieśmiertelne i silne, pozbawione twórczych mocy, zdolne jednak do niszczenia. Służy im jedna kapłanka, również bezimienna. Po śmierci najwyższej kapłanki, szukana jest dziewczynka urodzona w dzień śmierci najwyższej. Tak, więc pewnego dnia, młoda dziewczyna Tenar, staje się ich kapłanką. Zostaje pożarta przez Bezimiennych poprzez rytuał i od tego czasu nie posiada prawdziwego imienia. Jest Archą, czyli Pożartą. Żyje w świątyni pozbawiona kontaktu ze światem zewnętrznym. W murach świątyń żyją jedynie kobiety i kilku enuchów, którzy są kastratami. Pewnego dnia czarnoksiężnik Ged, zwany Krogulcem, poszukujący w podziemiach zaginionej połówki magicznego pierścienia.
     W Grobowcach, Ged spotyka Tenar. Która staje przed wyborem: ostatecznie wyrzec się siebie, własnego imienia i woli, zachowując za to władzę, której udzieliły jej potęgi ciemności i śmierci, albo wybrać trudną, czasami bolesną wolność, opowiadając się po stronie życia i światła, stać się normalną kobietą, matką i żoną.

"Najdalszy brzeg"
     Ged, czyli Krogulec po powrocie z Grobowców Atuanu, został Arcymagiem Ziemiomorza. I jako arcymag staje przed swym najtrudniejszym wyzwaniem. Magia odchodzi z jego świata. Wraz z młodym księciem Arranem wyruszają na wyprawę, która dla starego czarnoksiężnika okaże się misją ostateczną, a dla młodzieńca rytuałem przejścia w świat dojrzałości i odpowiedzialności. Spotyka ich wiele niesamowitych przeżyć. Płyną na najdalszą wyspę Archipelagu, a nawet jeszcze dalej. W końcu wchodzą do świata cieni, z skąd jeszcze nikt nie wyszedł. Najdalszy brzeg to opowieść o przyjaźni, dorastaniu i akceptacji tego, co nieuniknione.

"Tehanu"
     Znana już wszystkim Tenar, po podróży z Atuanu do Havnoru i przyniesieniu pierścienia Erreth-Akbego, rozpoczęła nowe życie jako normalna kobieta. Została żoną rolnika i urodziła mu dwoje dzieci. Jednakże po jakimś czasie została wdową. I wtedy do jej wioski przybyła grupa mężczyzn wraz z kobietą. Po kilku dniach jeden z nich, przyszedł do jej przyjaciółki i powiedział o dziecku, które się poparzyło. Lark pobiegła zaraz po Tenar (Gohę) i obie poszły zobaczyć dziecko. Była to mała dziewczynka, na wpół spalona. Po jednej z rąk została jedynie osmalona kość, dziewczynka nie miała też jednego oka. Goha postanawia się nią zaopiekować. Wraz z Therru ("Jeśli dziewczynka miała kiedyś jakieś inne imię, nie znała go albo nie chciała go zdradzić" - Tehanu, rozdział II) przeniosły się do domu Ogiona, gdzie "odwiedził" je ktoś znajomy Tenar...

"Inny wiatr"                                                                                                                       Mimo powrotu prawowitego króla w Ziemiomorzu nie dzieje się najlepiej. Prosty czarownik Olcha we śnie odwiedza krainę umarłych, suchy ląd, w którym przebywa jego ukochana żona. Jej pocałunek staje się początkiem. Umarli pragną opuścić swój kraj, a Olcha może otworzyć im drogę. Zwraca się zatem o pomoc do dawnego Arcymaga Geda, a ten posyła go do Tenar, Tehanu i młodego króla w Havnorze. Wraz z dziewczyną-smokiem Irian muszą stawić czoło największemu z zagrożeń. W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian... Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.

"Opowieści z Ziemiomorza"
 
      Pięć epizodów z bogatych dziejów Archipelagu odsłania kolejne tajemnice magicznego świata. Jakie były początki szkoły czarnoksiężników na Roke? Co się stało z Mistrzem Przywołań, Thorionem, gdy powrócił z krainy umarłych? Jakie jeszcze przygody przeżył Arcymag Ged? O tym wszystkim opowiadają kolejne historie z tego tomu.


 Parę słów o czarach i obyczajach

Świat, który stworzyła Le Guin został bardzo dokładnie opisany i wydaje się bardzo naturalny. Nie ma w nim innych ras od ludzi, oprócz nich żyją jeszcze tylko smoki i zwierzęta. Możemy również spotkać bliżej nieokreślone istoty ciemności np. cienie i ich sługi. Magia jest tu na porządku dziennym, czarodzieje to wielcy mędrcy i pustelnicy, których jedynym zajęciem jest naprawianie ludzkich problemów, a nie dbanie o własne interesy. Porównując "małą" liczbę bytów do mistrza gatunku Tolkiena i jego trylogii, może się to wydawać skromnym osiągnięciem. Należy zdać sobie jednak sprawę, że dzięki temu kraina ta jest bardzo realna, a mnogość ludów, postaci, oraz różnorodność charakterów głównych bohaterów w pełni nam to rekompensuje. Cała historia jest napisana w nieco odmienny sposób. "Ziemiomorze", a właściwie jego trzy pierwsze części, to mądra opowieść o niezwykle poetyckiej magii, posługującej się imionami, tożsamymi z istotą ich właścicieli. Wszystko, co istnieje, to nie tylko materialny odpowiednik słowa. To przede wszystkim słowo, określające istotę, osobowość nazywanego. Umiejętne wykorzystanie magii to ostrożne badanie, czy równowaga świata nie zostanie zachwiana, po jej użyciu, równowaga bowiem jest najistotniejszym elementem. Przykład: jeżeli mag wywoła wiatr w jednym miejscu, to w drugim panuje cisza. Jeżeli w jednym miejscu mag spowoduje, by przestał padać deszcz, to będzie on padał gdzie indziej. Z równowagi wynika harmonia, a dla jej zachowania niezbędna jest śmierć - straszna, lecz nieuchronna, a jej nieuchronność jest darem gwarantującym istnienie życia. "Ziemiomorze" jest opowieścią o sprawach ostatecznych, pełną mitów i archetypów, tropów sięgających najgłębszych pokładów naszej kultury wywodzącej się z tradycji antycznej i judeochrześcijańskiej, zaś w formie pieśni o bohaterach pokrewnej średniowieczu. Ważną rolę zajmują również obyczaje np. takie jak: 

  • przyjmowanie i goszczenie u siebie czarnoksiężnika w podróży,

  • zabieranie magów na pokład statków (wywoływali np. korzystne wiatry),

  • delegowanie magów do krain gdzie ich potrzebowano,

  • nazywanie i umieszczanie na mapach wysp, gdzie jest słodka woda, itp.

Cała opowieść nie należy raczej do książek, które mają wartką akcję i trzymają nas w napięciu, lecz do tych, które wprawią nas w nastrój grozy, zadumy czy też uniesienia. Klimat panujący np. w „Czarnoksiężniku” jest więc bardziej zbliżony do tego, który znamy z „Władcy Pierścieni” niż do panującego np. w „Wiedźminie”. Nie znaczy to jednak, że brakuje w nim momentów, które wprawią nas w ponury nastrój, lub dostarczą chwil grozy. Podsumowując – sądzę, że jeżeli ktoś lubi czasem zanurzyć się w krainie fantazji i czarów, lubi przeczytać książkę z morałem, to na pewno nie będzie zawiedziony po przeczytaniu „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, czy innych tomów "Ziemiomorza" Ursuli K. Le Guin.

 


Znane osoby o powieści

Stanisław Lem (Posłowie "Czarnoksiężnika z Archipelagu"), Marzec 1976 roku

     Pytam o Obcego, o istotę różną od Ciebie. Istota ta może się od Ciebie różnić płcią albo rocznym dochodem lub sposobem bycia, mówienia i ubierania się, wreszcie kolorem skóry bądź ilością nóg i głów. Innymi słowy, istnieje Obcy seksualny, Obcy socjalny, kulturowy i na koniec rasowy. A co z socjalnym Obcym w SF? Co tam, w terminach marksizmu, z «proletariatem»? Gdzie on jest w SF? Gdzie są tam nędzarze, którzy pracują ciężko i idą do łóżka głodni? Czy to są kiedykolwiek w SF osoby? Nie. Zjawiają się jako wielkie anonimowe masy, uciekające ze slumsów chicagowskich przed śluzowatymi monstrami albo ginące od radiacji skażenie, albo jako armie bez twarzy, prowadzone w bój przez generałów i mężów stanu. W fantastyce «miecza i magii» zachowują się jak figury na szkolnym przedstawieniu Czekoladowego Księcia. Zdarza się między nimi dziewczę o bujnych kształtach, emablowane przez oficera Głównej Kwatery Ziemskiej, albo w załodze rakiety jest zacny stary kucharz, ze szkockim lub szwedzkim akcentem, reprezentujący Mądrość Prostych Ludzi. Bo ludzie nie są w SF ludźmi. Są masami istniejącymi po to, by wielcy mieli kim rządzić.

Ze społecznego punktu widzenia lwia część SF jest płaska i wsteczna nie do wiary. Wszystkie te imperia galaktyczne, idące wprost od Imperium Brytyjskiego z 1880. Wszystkie te planety - rozdzielone 80 trylionami mil! - ukazane jako państwa wojowniczych nacjonalistów lub jako kolonie podlegające eksploatacji albo protektoratowi życzliwego imperium Ziemi, pod którym winny zmierzać w stronę samorozwoju, wszędzie - Trud Białego Człowieka raz jeszcze. (...) Jedyną przemianą społeczną ukazaną w SF jest ruch ku autorytaryzmowi, zdominowanie ciemnych mas przez elitę władzy, ukazywane czasem jako ostrzeżenie, ale częściej z satysfakcją. Socjalizm nigdy nie podlega rozważeniu jako alternatywa, a demokracja ulega zapomnieniu. Bogactwo stanowi cel z założenia słuszny, utożsamiony z osobista zasługą. Amerykańska SF akceptuje trwałą hierarchie wyższych i niższych, z agresywnymi, bogatymi, ambitnymi samcami, na szczycie, potem otwiera się wielka luka, a dalej, na dnie, są biedni, ciemni, anonimowi - wraz z kobietami. Jeśli mogę tak rzec, obraz całościowy jest dziwacznie <-nieamerykański». Jest to doskonały patriarchat pawianów, z samcem Alfa na szczycie, którego obmrukują z respektem samce podwładne. (...) Nadszedł, sądzę, czas, by twórcy SF - oraz ich czytelnicy! - przestali roić o powrocie Wieku Królowej Wiktorii i zaczęli myśleć o przyszłości

Powyższych słów nie napisał ani ortodoksyjny krytyk marksistowski, ani ten złośliwiec, ten paszkwilant Stanisław Lem, odpłacający amerykańskim kolegom za honorowe członkostwo Science Fiction Writers of America - kalumniowaniem ich twórczości (por. „Forum SFWA" z 1975 roku). Napisała te słowa autorka niniejszej książki, Ursula Le Guin, w zwięzłym wystąpieniu, zamieszczonym w poświęconym jej dziełom kwartalniku „Science Fiction Studies" w 1975 roku (wydawcą „SFS" jest uniwersytet w Indianie). Nie ma ona dziś w Stanach nikogo równego sobie na polu fantastyki, z wyjątkiem bodaj Ph. Dicka, którego Ubik zapoczątkował naszą - Wydawnictwa Literackiego i moją - serię książek. Różnica pomiędzy Le Guin a Dickiem w zasadzie równa się różnicy między statystycznie uogólnioną umysłowością kobiecą i męską. Dick darzy nas gwałtowniejszymi niespodziankami wyobraźni, wzbija się niekiedy wyżej, ale miewa też głębsze upadki. Natomiast pisarstwo Ursuli Le Guin objawiało we wszystkich fazach rozwoju większy umiar, dyscyplinę, ład, powściągliwość, rzekłbym - rozumną i ciepłą gospodarność.

Największy rozgłos przyniosła jej powieść wydana przed trzema laty, Wydziedziczeni. Jest to ambitna próba wymodelowania pod szkłem fantastycznej izolacji najbardziej palących dylematów politycznych naszego wieku. Zestawiła w niej, jako modele rozmyślnie wyodrębnione, bo osadzone na okrążających się (niczym Ziemia z Księżycem) planetach - dwie antagonistyczne formacje, kapitalizm i anarchizm. Społeczność kapitalistyczna pozbyła się swych radykałów, posyłając, a właściwie - zsyłając ich na glob mniejszy, ubogi, niemal pustynny, i w takich warunkach rozrasta się kolektywistyczna bezpaństwowość, w której niełatwo żyć, ale też ciężar egzystencji po równi rozkłada się w niej na wszystkich. Podtytuł powieści brzmi: Dwuznaczna utopia. Jakoż nie jest anarchia Le Guin rajem. Bohater powieści to genialny fizyk, który w ubogiej społeczności nie może rozwinąć w pełni swych uzdolnień.

Rzecz nie tylko w ubóstwie .zresztą. Urras i Anarres, państwa-planety, nie znają się nawzajem. Wrogość względem dawnej ojczyzny przetrwała bowiem jej opuszczenie - anarchiści zamknęli się na wszelkie stamtąd wpływy, przez co także wiedzą ustępuje nowa społeczność - starej. Bohater udaje się więc tam, gdzie czekają go świetniejsze umysły i laboratoria. Ogół poczytuje mu ten krok za zdradę - do rakiety odprowadzają go ciskane przez tłum kamienie.

Wydziedziczeni to nie zamierzona bodaj trawestacja motywu faustowskiego, to Faust w typowej dlań sytuacji wyboru, tym razem - także politycznego. Ten Faust paktuje z „diabłem", korzysta z jego darów, aby poprzez nie dostrzec wreszcie mechanizm przemocy, która go mierzi. Dokonawszy swego, postanawia wrócić - ale nie w postaci skruszonego marnotrawnego syna. Powieść otwiera się sceną jego odlotu, a zamyka chwilą przed lądowaniem, pełną niewiadomości i ryzyka, bo powita go chyba - pogardliwa nienawiść.

W tym epicko zakrojonym utworze niejedno można kwestionować. Najpierw - reprezentatywność ustrojowych modeli. Obrońca kapitalizmu powie, że Le Guin ułatwiła sobie dyskredytacyjne zadanie, ukazując zamiast modelu „optymalnego", jak jakiś szwedzki - zlepek polityczny, umiejscawialny gdzieś pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Ameryką Południową i bodaj Persją czy Grecją. Ale i rzecznik socjalizmu nie będzie w pełni rad modelowi „utopii", gdyż trwałość i spolegliwość jej egalitaryzmu wniesiona jest w społeczeństwo jakby z zewnątrz. A to, ponieważ stromą hierarchizację społeczną, ponieważ zróżnicowanie uczestnictwa w dostatku udaremniają fizyczne warunki planety. To ich nacisk, skazując całą społeczność na heroiczny wysiłek, a nieraz na frontową wręcz postawę, tym właśnie ciśnieniem „spłaszcza" zbiorowość, wtrąca ją w sytuację zbliżoną do komunizmu wojennego, z tą istotną różnicą, że walczyć trzeba z klęskami naturalnymi, a nie z wrogim najazdem. A więc rygor egalitaryzmu jest w pierwszej przyczynie zzewnątrzpochodny. Ustanawia ów rygor - fizyka planetarna, a nie tylko dobrowolność społecznej umowy. Powieść stara się pomniejszyć znaczenie tego musu jako społecznego spoiwa, bo choć moc w niej pryncypialnych rozmów, nie tykają one kwestii, jak wiodłoby się takiemu społeczeństwu w mniej spartańskim otoczeniu. Lecz przecież skoro ma być ukazana   anarchia,   czyli   społeczność   własnowolnie   powściągliwa w korzystaniu z nieograniczonych swobód, nie należy zastępować ryżów politycznych - fizycznymi. To nie sztuka być Spartaninem, gdy nie można nim nie być.

Podkreślmy przecież, że alternatywa ukazana przez Le Guin nie sprowadza się do przeciwstawienia równości w niedostatku - uciechom z wyzysku. Nie wszystko jest w dosycie skażone złem i nie wszystko, co idzie z egalitaryzmu, zasługuje na aprobatę. Zupełny egalitaryzm nie jest zupełną sprawiedliwością, bo likwiduje odchylenia od średniej społecznej tak ujemne, jak dodatnie. Tym samym faworyzuje przeciętność. Dowodem bohater: nie może zdobyć tyle rozwojowej swobody, ile wymaga jego duchowa wyjątkowość. Co prawda właśnie ta jego wyjątkowość stanowi najsłabszy, najmniej przekonywający element powieści. Ujawnimy tę słabość, zestawiając Wydziedziczonych z Czarnoksiężnikiem z Archipelagu.

    Czarnoksiężnik pochodzi z dużo wcześniejszego okresu pisarstwa Ursuli Le Guin. Krytyka zapomniała o nim prawie, uznawszy Wydziedziczonych za najwybitniejszy dotąd utwór autorki. Jak sądzę, niesłusznie. Sąd krytyki idzie po części stąd, że niewątpliwa jest aktualność polityczna Wydziedziczonych, a po części bodaj i stąd, że fantastyka baśniowa w rodzaju Czarnoksiężnika uchodzi za podgatunek mniej poważny, bardziej rozrywkowy od fantastyki naukowej. To rozgraniczenie: fantasy i science fiction, mam za systematyczny błąd krytyki amerykańskiej, któremu ulega na ogół też europejska. Podług Amerykanów, jeśli ktoś lata w utworze na dywanie, chodzi o fantastykę baśniową, a jeśli na stołku antygrawitacyjnym, znajdujemy się w fantastyce naukowej. Z zastosowania analogicznie płytkich kryteriów wynikałoby w zoologii, że nietoperze są ściślej spokrewnione z turkawkami niż z myszami, bo myszy nie latają. Ani nietoperz, nawet przybrany w cudze piórka, nie jest ptakiem, ani baśń, przetkana naukopochodnymi terminami, nie jest fantazją naukową. Ciężar gatunkowy dzieła nie zależy od „naukowości" pojawiających się w nim nazw, lecz od użytku, jakie utwór z nich robi. W posłowiu do Opowieści niesamowitych Grabińskiego wspomniałem o służbach, jakie fantastyka niesamowita mogłaby pełnić pozarozrywkowo.

Czarnoksiężnik z Archipelagu jest znakomitym przykładem takich właśnie służb. Jest to opowieść o naukach, pobieranych przez młodzieńca z wymyślonej krainy u fikcyjnych mędrców władających fantastycznym kunsztem czarnoksięskim. Zarazem jest to opowieść realistyczna - o kształtowaniu się osobowości, o dorastaniu wśród przeciwieństw, o tym, jak zapalczywa lekkomyślność staje się dojrzałością. Jest to wreszcie figuralna przypowieść o tym, jak można dorosnąć do sprostania własnej śmierci, nie popadając ani w nędzny strach, ani w głupią butę. Narracja toczy się czysto i spokojnie, w kameralnym ściszeniu. Zachowała swoje brzmienie w przekładzie, za który należy się wdzięczność Stanisławowi Barańczakowi, bo nie uronił ani krzty poetyckości Czarnoksiężnika. Sugestywny jest w nim nastrój przymglonego Archipelagu wśród burzliwych wód Północy, a wręcz znakomita - naturalność przejść od skromnego mozołu żeglarzy i rybaków do pojawień zaświatowego żywiołu. Żywioł ten nie jest tylko tradycyjnym sztafażem baśni, stanowi bowiem przebraną w niesamowity strój, alegorycznie potraktowaną potęgę odpowiadającą rzeczywistym potęgom, jakie człowiek wyzwala w Naturze. Czary okazują się równie ułomne, wątpliwe i obusieczne, jak naukowe odkrycia. Przypomnę zbawczą przemianę młodego Geda w ptaka, która wyzwala go wprawdzie z opresji, ale sama staje się dlań nowym zagrożeniem. Toż to wręcz modelowa sytuacja ludzkiego poznania, bo i nauka, obdarzając nas nowymi swobodami, jednocześnie wprowadza nas w nowe zagrożenia. Tym właśnie obojnaczym stosunkiem do wyzwalanych mocy zdobywa Czarnoksiężnik doskonalszą jednolitość i większą wiarygodność od Wydziedziczonych. Polityczna. problematyka przyćmiewa w Wydziedziczonych osobę i dzieło bohatera. Jego odkrycie, pożądane przez możnych, upodabnia się do magicznego skarbu ukrytego w jego umyśle.

Czyżbym chciał oświadczyć, że baśń Ursuli Le Guin jest bardziej realistyczna od jej naukowej fantazji? Tak, to właśnie chcę powiedzieć. Zdarzają się w literaturze takie paradoksy, jak ten - że roli pełnionej przez czary w jednej książce można przypisać więcej realizmu aniżeli roli odkrycia naukowego - w innej. Ale paradoks jest pozorny. Rzecz w tym, że utwór konstytuuje świat, rządzący się własnymi prawami, jako suwerenną całość, i o tym, czy utwór jest wierny rzeczywistości, decyduje owa całość a nie jej fragmenty, na przykład - nazwy brane ze słownika nauki.

Toteż nie słowniki mogą poręczać prawdonośność rzeczy występujących w tekście, lecz tylko świat utworu. On jeden może być poręczycielem problemowej autentyczności takich rzeczy. Zachodzące stosunki odda może taki przykład.

Gdy budujemy most, jego konstrukcja całościowa jest ważniejsza od wyglądu jego części. Jeśli most jest stalowy, mogą sobie jego łuki być wymodelowane na kształt smoczych ogonów. W niczym nie naruszy to jego udźwigu, a może nawet ta oryginalność konstrukcji technicznej, wykonanej z elementów o egzotycznym kształcie, nada mu dodatkowy walor. Jeśli natomiast most jest rzetelnie stalowy, lecz jedno przęsło ma z papieru doskonale imitującego wyglądem stal, nie będzie wiele wart. Co z tego, że wszystkie inne przęsła są mocne, jeśli po tym nie można przejść.

W niniejszej powieści czarnoksięstwo stanowi przewodni motyw duchowego życia bohatera. Czarnoksięstwo to, w ukazanej postaci, nie jest wymierne na nic innego. Gdyby czary, jakich uczy się Ged, były niezawodne i wszechmocne, powieść runęłaby od razu. Równie marny byłby efekt, gdyby tych czarów mógł się młodzieniec nauczyć lekko, niczym tabliczki mnożenia, bez wszelkich „kosztów własnych". Natomiast epokowe odkrycie, z jakim nosi się uczony bohater Wydziedziczonych, stanowi wymienny pretekst mający uzasadnić jego postępki. Chodzi o nową teorię czasu, ale mógłby ją zastąpić każdy inny rodzaj teorii czy hipotezy, a także jakiś wynalazek techniczny, sam bohater wreszcie mógłby być nie uczonym, lecz na przykład artystą. To też w niczym nie zmieniłoby utworu, ponieważ idzie w nim o konfrontację dwóch systemów politycznych, a bohater pełni w tym procesie rolę obiektywu, przez który patrzymy. To jest główna bodaj słabość Wydziedziczonych. Genialny uczony mógłby oczywiście optować na rzecz rewolucji, ale nie przestałby wszak od tego być genialnym uczonym, zachowałby świadomość swego dzieła, które nie może tym samym być zewnętrznym niejako, przypadkowym, wymiennym dodatkiem do jego osoby i do jego losu. Znakomita koncepcja, z jaką Le Guin przystąpiła do pisania Wydziedziczonych, stworzyła szansę nowej wersji Fausta, lecz szansa ta nie ziściła się, ponieważ kandydat na Fausta schodzi do roli obserwatora najpierw, a potem sympatyka - politycznej opozycji w kapitalizmie. Tak jak on, mógłby się zaangażować w polityczna walkę każdy człowiek. Ponieważ jednak nie każdy, jako byle kto, mógł przekroczyć bariery dzielące skłócone światy, bohater musiał być indywidualnością niezwykłą. Autorka zdecydowała się uczynić tym człowiekiem - genialnego uczonego. Lecz taki wybór zobowiązuje. A ponieważ wielkość uczonego jest pochodną wielkości jego dokonań w ich treści i w społecznych konsekwencjach, nie można wypełnić tak otwartego zadania --półtorastronicowymi ogólnikami.

Właśnie przez to magiczne praktyki i zaklęcia w Czarnoksiężniku okazują się - przez ich nierozerwalny zrost z całością utworu, przez ich naczelne miejsce w życiu bohatera, a też przez ich dwuznaczność, zawodność i ułomność - bliższe prawdy ludzkiego działania, czyli bardziej realistyczne aniżeli wspaniałe odkrycie naukowe bohatera Wydziedziczonych.

    Wzięło się to, myślę, stąd, że Ursula Le Guin, córka słynnego antropologa amerykańskiego Kroebera, czuła się w sferze obyczajowej egzotyki, folkloru, rytuałów inicjacyjnych i praktyk magicznych - bardziej swojsko niż na terenie nauki i jej twórców.

Na koniec uwaga osobista. .Żywię dla Czarnoksiężnika szczególny sentyment. Jest to jedyna pozycja amerykańskiej fantasy, która wzbudziła mój szacunek. Zarazem pocieszyła mnie po lekturze (znanej i u nas) powieści Tolkiena Władca Pierścieni. To głośne dzieło pozostawiło mnie obojętnym, a nawet znudzonym. Toteż gdyby nie Czarnoksiężnik z Archipelagu, uznałbym się - wobec współczesnej fantastyki bajeczno-magicznej - za ślepego, wobec kolorów. Ursula Le Guin pomogła mi swoją powieścią odzyskać wiarę zarówno w żywotność fantastyki amerykańskiej, jak i w moją wrażliwość na jej - rzadkie niestety - uroki.

 

Magdalena Walusiak (Polskie Radio), 1991 rok

     Tetralogię "Ziemiomorze" otwiera jedna z najpiękniejszych opowieści o dojrzewaniu i akceptacji własnej śmiertelności, zamyka zaś historia z silnymi akcentami feministycznymi o przemianie świata. I to ta druga zdobyła jedną z najbardziej prestiżowych nagród literatury fantastycznej – Nebulę.

     Historia cyklu o czarnoksiężniku Gedzie, zwanym Krogulcem, jest dość niezwykła. Najpierw, w odstępach kilkunastomiesięcznych, pojawiły się trzy tomy Ziemiomorza: Czarnoksiężnik z Archipelagu (1968), Grobowce Atuanu (1971) i Najdalszy brzeg (1972). Nikt nie spodziewał się kontynuacji opowieści o Arcymagu Gedzie, który w trzecim tomie nie tylko był już stary i zmęczony życiem, ale, co gorsza, stracił swoją moc w starciu ze śmiercią. Cykl wydawał się zamknięty także dlatego, iż całe Ziemiomorze zyskało po latach jedynego, dawno przepowiadanego władcę, niosącego swemu królestwu pokój. Tymczasem w 1990 r. Le Guin zaskoczyła wszystkich Tehanu - kolejnym tomem, będącym w pewnym stopniu demitologizacją świata stworzonego przez autorkę we wcześniejszych powieściach. Najbardziej wstrząśnięci byli niektórzy panowie (wśród nich Andrzej Sapkowski), wyrażający się z niesmakiem o walącym się porządku patriarchalnym świata magów.

     Choć to Tehanu zdobyła Nebulę, tomem zaliczanym do kanonu literatury pięknej jest Czarnoksiężnik z Archipelagu. To niekonwencjonalna powieść drogi, w której podróż ma kształt spirali prowadzącej bohatera do osiągnięcia dojrzałości, wiedzy i wewnętrznej harmonii. Ged - uczeń szkoły czarnoksiężników - staje w szranki z rywalem, któremu zamierza udowodnić własną wyższość: przywołuje ducha z krainy śmierci, a otwierając przejście między światami wypuszcza z otchłani Cień, nieznane zło. Narodziny, otrzymanie imienia i poznawanie prawdziwych imion rzeczy – to pierwszy etap losów bohatera. Pycha, złamanie zakazu i upadek – to etap kolejny, a oba jakże dobrze znamy z Księgi Rodzaju. Trwoga, ucieczka przed ścigającym go bezimiennym Cieniem i wreszcie utrata tożsamości, najgorsza kara, jaka może spotkać osobę obdarzoną rozumem – to z kolei historia niejednego grzesznika, choćby Edypa. Wreszcie odrodzenie dzięki mocy pierwszego Mistrza, pościg za własnym prześladowcą, rozpoznanie go i nazwanie – oswojenie własnej śmierci i zaakceptowanie ciemnej strony swojego JA – oto finał powieści.

     Ursula Le Guin swobodnie żongluje mitami i archetypami tworząc własną opowieść, w której najwyższą magią jest Słowo – prawdziwe imię każdej rzeczy. Bez niego i bez tradycji, bez historii zawartej w opowieściach człowiek Ziemiomorza nie może osiągnąć pełni istnienia i harmonii ze światem. Ale najważniejsze jest to, że harmonia jest możliwa, możliwe jest zachowanie Równowagi i osiągnięcie szczęścia. I jakże piękne jest każde słowo powieści w znakomitym polskim przekładzie Stanisława Barańczaka!

     Podobną wymowę mają kolejne dwa tomy cyklu, rozwijające wątki dojrzewania, poznawania samego siebie, akceptacji śmierci i walki ze złem. W ostatnim dojdzie jeszcze jeden, charakterystyczny dla twórczości Le Guin od lat 80. – wątek walki o równouprawnienie kobiet i mężczyzn.